Myślę, że na początku warto zaznaczyć, że opisywana tu historia miała miejsce podczas mojej pierwszej autostopowej wyprawy, którą przywoływałem również w ostatnim wpisie.

Ale od początku..

Wakacje. Pierwsza większa podróż, pierwszy autostop, krótko mówiąc – emocje sięgające zenitu.

Przylecieliśmy na lotnisko w Brukseli około godzinę przed północą. Godzina kiepska, żeby zabierać się za zwiedzanie, ale stwierdziliśmy, że pokręcimy się chwilę po okolicy i coś się wymyśli..

Po chwili, okazało się, że żadne z nas (z blisko dziesięcioosobowej ekipy) nie wpadło na to, że lotnisko, na którym wylądowaliśmy to Charleroi. A konkretniej jakieś 100km od Brukseli. Ups..

Inaczej mówiąc, po pół godzinnym spacerze kolega wreszcie powiedział to co każdy z nas miał na końcu języka, a bał się powiedzieć, żeby nie wyjść na głupka – że krążymy w kółko po lotnisku i przydało by się dostać do miasta. Uff, chociaż jeden pewnik tej całej sytuacji.

Po chwili jak to na typowych polskich, niskobudżetowych autostopowiczów przystało, znaleźliśmy możliwie najtańszy transport do miasta i ruszyliśmy z planem nocnego podboju europejskiej stolicy.

Królowie życia chciało by się rzec..

Gdy dotarliśmy do centrum byliśmy w takim szoku, że nie mogliśmy dojść do siebie. To było niedowierzanie tego pokroju, że gotowi byliśmy się kłócić z kierowcą, że wysadził nas w jakiejś małej mieścinie na końcu świata.

Miasto zombie. Opuszczone. Wymarłe. A w samiutkim centrum – ni ko go.

Po pierwszej fali zaskoczenia stwierdziliśmy, że przejdziemy się i pozwiedzamy okolicę, a następnie wskoczymy do najbliższego McDonalds’a żeby zjeść kolację i jak na klasyczny autostopowy nocleg przystało – przeczekać tam do rana niczym menele pod monopolowym.

Wizja noclegu nie była może piękna i nad wyraz wykwintna, ale na pewno była pewna. Umówmy się, jesteśmy w dobrze rozwiniętym, zachodnio europejskim mieście. W weekend. W centrum.

Co jak co, ale „Maka”,  to oni tu muszą mieć.

Tak więc nie oszczędzaliśmy nóg i podziwialiśmy Brukselę nocą. Co się mocno rzucało w oczy to ogromne ilości śmieci i kartonów praktycznie na każdym rogu.. Dziwne, myśleliśmy, ale szliśmy dalej. Trzeba jednak zaznaczyć, że od czasu do czasu natrafialiśmy również na piękne, zadbane zakątki.

 

Po blisko dwóch godzinach, uzbrojeni w ogromne plecaki stwierdziliśmy, że czas zacumować w naszej Mc Przystani. Idealnie się złożyło, że akurat na skraju ulicy znajdowało się nasze miejsce docelowe. Ochoczym krokiem popędziliśmy w tamtym kierunku i gdy dochodziliśmy do wej..

Zaraz, zaraz.. Kuba, dobrze widzę, że w nocy.. Nieczynne?!

Pech chciał, że wzrok mojego kolegi nie zawiódł i mówiąc wprost – zostaliśmy na lodzie z noclegiem.

Tutaj warto wtrącić, bo o tym nie wspominałem, że nie mieliśmy ze sobą ani namiotów, ani karimat, ani wystarczająco pieniędzy na nocleg w stolicy Belgii, a już tym bardziej w samym jej centrum.

I tak, wiem że z patrząc z perspektywy czasu mogliśmy poszukać kogoś na couchsurfingu, albo na innych grupach podróżniczych. Z drugiej jednak strony to wszystko działo się już ładnych parę lat temu, gdzie w/w sprawy były zdecydowanie mniej popularne i powszechne niż teraz, a nasza wiedza z racji pierwszej takiej podróży była praktycznie zerowa.

Ale wracają do naszego cudownego, wspaniałego i.. zamkniętego Mc Donalds’a.

Musieliśmy improwizować, więc siedząc na ulicy pod wielkim, żółtym szyldem w pewnym momencie wpadliśmy na pomysł, jakiego nie powstydziłby się nawet najbardziej kreatywny człowiek na świecie..

Pamiętacie jak wspominałem o kartonach?

A no właśnie..

Niczym wcześniej już przeze mnie wywołani menele wzięliśmy każdy po jednym, wielkim kartonie i zaczęliśmy szukać „dogodnego” miejsca, żeby się wyspać. Można sobie wyobrazić jak ciężkie i problematyczne jest znalezienie miejsca, gdzie bylibyśmy niezauważeni, a zarazem bezpieczni. A wiecie dlaczego?

Bingo – w centrach dużych miast takich miejsc po prostu nie ma, nie występują. To nie jest ich naturalne środowisko, o czym zresztą przekonaliśmy się po dobrych kilku kwadransach szukania odpowiednio dobrego kawałka chodnika.

Finalnie – zdenerwowani, zmęczeni i ledwo już kontaktujący położyliśmy się na naszych prowizorycznych kartonowych „karimatach” w samiutkim centrum stolicy europejskiej na chodniku przed siedzibą ogromnego banku. No hej, bank – od razu człowiek czuł się bezpiecznie.. 😉

Leżeliśmy więc idealnie tak, że obejmowały nas kamery miejskie – bez problemu w ciągu kilku chwil mogła pojawić się przy nas policja i co najmniej przegonić, albo nawet zgarnąć za włóczęgostwo. Chociaż z drugiej strony.. jednocześnie leżeliśmy dosłownie pół metra od ulicy, więc istniała szansa, że nawet nie zdążą nas zgarnąć, bo i tak pierwszy nadjeżdżający samochód zdąży nas przejechać.

Ostatecznie skończyło się to dla nas bardzo szczęśliwie, bo mimo, że przenocowaliśmy na kompletnym spontanie i w akcie desperacji na kartonach w samym sercu Brukseli, to nikt nas przy tym nie okradł, nie rozjechał, ani nie wlepił mandatu. Pełen sukces..

I tak oto już podczas pierwszej większej wyprawy autostopowej trafił mi się nocleg, który utkwił mi w pamięci na długie lata i jak do tej pory nie zamierza z niej uciekać.. 😀

A czy Wy mieliście tego typu przygody?

Proszę powiedzcie, że nie jestem sam z takimi przypałowymi historiami i dajcie znać w komentarzach poniżej lub zakładce kontakt!

Jeśli natomiast macie znajomych, którzy również mają tak pozytywnie wariackie historie, to koniecznie podzielcie się z nimi tym wpisem!

Trzymajcie się i do następnego,

Kuba