Zeszły rok, pierwsze pełnoprawne studenckie wakacje i trzy miesiące odpoczynku od ciężkiej pracy na uczelni. Takiej okazji nie można było zmarnować na przeciętne spędzenie czasu. I z tej właśnie myśli zrodził się pomysł kolejnej autostopowej eskapady.

W nieznane, w poszukiwaniu autostopowych gwiazd..

No dobra, brzmi to lekko patetycznie. Tak czy inaczej wybór padł na to, by sporą część wakacji przepracować, by móc zakończyć je z przytupem, z dużą dawką adrenaliny, jak to miało miejsce podczas każdych dotychczasowych podróży.

I tak oto zapisałem się na wyścig autostopowy EuroRace organizowany przez moich znajomych z uczelnianego samorządu.

Tegoroczna edycja startowała klasycznie już spod głównego Gmachu Politechniki Warszawskiej, a meta znajdowała się w nowych stronach patrząc na poprzednie, „eurorejsowe” okolice, bo w odległej Czarnogórze. Konkretniej w Ulcinj – malowniczym miasteczku położonym na południu kraju nad samym brzegiem morza Adriatyckiego.

Jako, że cały trip miał formę wyścigu autostopowego w drogę ruszaliśmy parami, po drodze mieliśmy do wykonania sporo pochłaniających czas zadań i oczywiście konkurentów w postaci znajomych poznanych na wcześniejszym spotkaniu integracyjnym.

Dokładnie 18 września o godzinie dziesiątej rano wraz z moją towarzyszką podróży stawiliśmy się już w miejscu startu zwarci i gotowi na rozpoczęcie nowej przygody. Mnóstwo znajomych wokół, emocje wiszące w powietrzu, chwilami nawet lekkie poddenerwowanie.. Nastroje wśród tłumu (a trzeba zaznaczyć, że w wyścigu brało udział ponad 50 par, więc było dość kameralnie) były bardzo różne, ale u większości dało się wyczuć nutkę podekscytowania.

I mimo zupełnie niesprzyjającej, bardzo wietrznej i pełnej opadów pogody podróż zapowiadała się niesamowicie ekscytująco!

Odbiór pakietów, pamiątkowe zdjęcie grupowe, ostatnie życzenia powodzenia..

Ruszyliśmy!

Pierwszym celem naszej autostopowej podróży było wydostanie się z miasta. Jakby nie patrzeć startowaliśmy z samiutkiego centrum stolicy.. Po około czterdziestu minutach spędzonych w tramwaju, kilku zbitych piątkach ze znajomymi jadącymi tym samym środkiem transportu i dwóch (daję słowo!) łykach „na odwagę” byliśmy już blisko wylotówki z Warszawy w kierunku Krakowa i Katowic.

Oddaliliśmy się od grupy, zajęliśmy świetne miejsce na przystanku autobusowym i z powodu braku sztywnego planu stanęliśmy uśmiechnięci i pełni optymizmu z dwiema tabliczkami – na Kraków, oraz Katowice.

Jak się okazało pod wpływem pogody nasze nastroje i morale spadały w zawrotnym tempie. Ale hej.. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo, więc uśmiech niezmiennie trzymał się na naszych zmarzniętych ustach mimo tego, że nikt na nas nawet nie spoglądał..

Minęło długich 60 minut, gdy nagle zatrzymał się koło nas piękny nowy Lexus. No, może jednak warto było trochę poczekać – pomyślałem sobie.. Zwłaszcza, że w środku siedziała piękna kobieta około czterdziestki z niebotycznie kojącym głosem, ubrana w elegancki płaszcz i fikuśny kapelusz..

Podobna pogoda spotkała nas również później, w dalszej części podróży, w Dubrowniku w Chorwacji.

Ledwie zdążyliśmy wsiąść do auta, a już rozpoczęliśmy rozmowę i przeszliśmy na Ty. Nowo poznana Pani uraczyła nas opowieściami z młodości, jak to ona sama podróżowała kiedyś w ten sposób, więc teraz zawsze, gdy tylko ma taką okazję bierze autostopowiczów. Dodała jednak jakby mimochodem, że niestety z racji zawodu nie wyobraża sobie teraz by wrócić do takich przygód. I czas mijał. Bardzo miło i przyjemnie..

W pewnym momencie temat naszej rozmowy zszedł na sprawy mediów i szeroko pojętego show-biznesu. Muszę się Wam przyznać, że było to dość specyficzne uczucie, bo gdy padły z jej ust słowa, że my jako artyści mamy dużo do czynienia z dziennikarzami już wiedzieliśmy, że robimy z siebie kompletnych idiotów.

Jeszcze nie wiedzieliśmy dlaczego. Jeszcze nie wiedzieliśmy o tym, o czym dowiemy się zaraz.

Gdy wspomniała o wszystkich Fryderykach jakie zdobyła podczas swojej dotychczasowej kariery było to już pewne – robimy z siebie idiotów. W tym momencie atmosfera ewidentnie siadła, bo zarówno my jak i ona spostrzegliśmy się, że nie zauważyliśmy czegoś oczywistego. I tak jechaliśmy dalej.. Po około godzinnej podróży wysadziła nas na stacji jakieś 70km od Warszawy.

Wysadziła nas..

Gdy jej dziękowaliśmy na pożegnanie spojrzałem jej głęboko w oczy..

I tak okazało się, że dziękowaliśmy bardzo znanej Pani..

Pani Justynie..

Justynie Steczkowskiej..

Podsumowując

Tak – wzięła nas na stopa Justyna Steczkowska.

Tak – nie poznaliśmy jej.

Tak – to było zajebiste doświadczenie.

Tak – za taką nieprzewidywalność kocham autostop.

Gdy na stacji doszliśmy do siebie i emocje trochę opadły stwierdziliśmy zgodnie, że chyba jednak warto było czekać tę godzinę i doświadczyć autostopu z gwiazdą.. I że skoro pierwszy stop był tak niezwykły i spektakularny, to potraktować to trzeba jako dobry prognostyk całej podróży..

Co zresztą miało później miejsce, bo ta podróż wyjątkowo obfitowała nam w niesamowitych ludzi, z którymi mieliśmy okazję jeździć i „cudne” miejsca noclegowe. Osoby, które spotkaliśmy zarówno w Słowenii, Chorwacji, czy choćby Albanii.. Ahh, jest o czym pisać, co niedługo na pewno uczynię! Tymczasem..

Trzymajcie się,

Kuba