Otóż, żebym mógł Wam opowiedzieć historię opartą na wątku szalonej nocnej jazdy przez niemieckie bezdroża, której to historii nie powstydził by się sam Hitchcock i odpowiedział na pytanie, czy podróżowanie autostopem równa się gwarantowany wzrost adrenaliny…

Musimy wrócić pamięcią do mojej pierwszej dłuższej wyprawy autostopowej..

Miała ona miejsce raptem miesiąc po moich 18 urodzinach. Był cudowny wakacyjny poranek, gdy nagle dostałem wiadomość od mojej dobrej koleżanki z informacją, że wraz z grupką około 10 znajomych planują wyjazd do Brukseli.

Cudownie – nowy kraj, nowe doświadczenia! Kurczę, wchodzę w to!

Dopiero później, gdy zapytałem o szczegóły okazało się, że konspekt wyjazdu wyglądał mniej więcej tak, że lecimy tanimi liniami lotniczymi za przysłowiowe grosze do Brukseli, natomiast stamtąd wracamy już autostopem. Przez Belgię, Holandię i Niemcy – prościutko do Polski.

Cóż, ta wizja była już nieco bardziej przygodowa, ale jako że nie wiedziałem czego się mogę spodziewać po podróżowaniu autostopem, to ciekawość zwyciężyła.

I tak, po długich przygotowaniach i jeszcze dłuższym uspokajaniu rodziców..

Ruszyliśmy..

Sama trasa, jak i dłuższy opis całego wyjazdu (który swoją drogą był naprawdę pozytywnie wariacki) to historia na inny moment, bo dla nas w tej chwili liczy się przedostatni dzień wyjazdu. Taki nastrój panował na początku dnia:

Natomiast po całym dniu stopowania wraz z koleżanką znaleźliśmy się w Niemczech, w okolicach Berlina. Byliśmy już solidnie zmęczeni tym, co spotkało nas podczas całej podróży, a naszym jedynym i najskrytszym marzeniem było znaleźć się w już w granicach naszej utęsknionej Polski.

Na stacji, na której zostawił nas kierowca widać było, że wszyscy myślą już raczej o spaniu, a nie o ruszaniu w dalszą trasę. Krótko mówiąc ściemniało się już i naszą perspektywą był nocleg na stojąco na stacji benzynowej na jakimś zadupiu.

Owszem, kusząca perspektywa, natomiast nie potrzebowaliśmy dużo czasu, żeby wybrać jeszcze lepszą – podchodzimy absolutnie do wszystkich. Niezależnie od tego, czy wzbudzają oni nasze zaufanie, czy też nie. I jak się okazało tu był pies pogrzebany..

Nie minęło pół godziny, a było już kompletnie ciemno. Gdy tylko podjechał samochód odruchowo już podszedłem do kierowcy luksusowej limuzyny i sztandarowym „Du ju spik inglisz?” zacząłem rozmowę.

Co się okazało – odpowiedź, jaka wylała się z jego ust była zupełnie niespodziewana, bo starszy, ale ciągle żwawy pan odpowiedział nam łamanym polsko-niemieckim, że jedzie do Polski i z chęcią nas ze sobą zabierze.

Wybawienie i euforia!

Gdy tylko to usłyszałem od razu plecaki powędrowały do bagażnika i nie czekając na zmianę decyzji naszego nowego wybawiciela usiedliśmy na tylnych siedzeniach tej pięknej maszyny. Mieliśmy poczekać jeszcze kilka minut na kierowcę, który poszedł po coś do jedzenia i potem już ruszyć bezpośrednio do Zielonej Góry.

Sielanka nie trwała jednak długo, bo gdy tylko do nas wrócił poinformował nas o pewnych kruczkach. Drobnostkach. Subtelnościach, zupełnie nie wpływających na jakość, a co ważniejsze bezpieczeństwo podróży.

Okazało się, że nasz kierowca jedzie wraz z synem na dwa samochody nie bez przyczyny. Otóż co 15 minut musieliśmy się zatrzymać na przynajmniej 20 minutową przerwę, by podłączyć jeden do drugiego.

Zdarza się, lepsze to niż nic – pomyślałem.

Realia i szczypta autostopowej adrenaliny..

I nie byłoby nic strasznego, gdyby nie fakt, że jechaliśmy tak blisko 200 km w kompletnej ciemności zatrzymując się na.. środku autostrady! Co więcej, gdybyśmy chcieli narzekać na brak wrażeń jechaliśmy cały czas z maksymalnie otwartymi oknami przy prędkości 200-230 kilometrów na godzinę. Jeszcze mało? Otóż spieszę z dokładką.. Bo jechaliśmy ponadto z wyłączonymi światłami (nie z krótkimi – całkowicie bez świateł!)

W całym tym paradoksie naszej sytuacji przez moment chciałem nawet zaproponować, że poświecimy latarkami ręcznymi, żebyśmy nie zginęli za szybko. Powstrzymałem się jednak od chwalenia się moim genialnym pomysłem kwitując to w głowie jedynie zdaniem: „Spokojnie Kuba, on na pewno wie co robi”. No cóż, z własną intuicją będę dyskutował? 😉

I tak właśnie wyglądała nasza nocna podróż z pół Niemcem, pół Polakiem przez niemieckie autostrady. Jedno jest pewne – ilość zmówionych przez nas zdrowasiek w tak krótkim czasie to byłby gwarantowany rekord Guinnessa.

PS: Żeby być całkowicie szczerym i transparentnym należałoby dokończyć wątek. A to dlatego, że nasz kierowca, gdy już nas „bezpiecznie” dowiózł na miejsce w środku nocy był na tyle miły, że pozwolił nam przenocować na terenie jego firmy i – w kontekście tego, jak wyglądały nasze poprzednie noclegi podczas tego wyjazdu – w iście królewskich warunkach:

Morał z tej historii płynie krótki, lecz konkretny

Dbajcie o swoje samochody, bo nie znacie dnia ni godziny, kiedy traficie na autostopowicza w potrzebie. 😉

Jeśli spodobał Ci się mój wpis, to koniecznie podziel się nim ze znajomymi.

oraz zostaw komentarz poniżej, bądź w innej formie przez kontakt.

Trzymaj się i do następnego,

Kuba!