Wybrałem się kiedyś do Włoch..

Bolzano, Trydent, Werona, Wenecja, Padwa, Bolonia.. Każde z tych miast miało swój niezaprzeczalny i wyjątkowy urok. Każde z nich zapamiętałem inaczej. Z każdym z nich wiąże się inne wspomnienie, a jako, że była to podróż autostopowa, to rzekłbym nawet że z mnóstwem wspomnień.

I jakkolwiek nie ujmując tym wszystkim cudownym miejscom, to z ręką na sercu muszę powiedzieć, że gdy wracam myślami do tamtej wyprawy – najpiękniejsze wspomnienie pochodzi z zupełnie innego miejsca we Włoszech. Miejscem tym jest malutka, malowniczo położona mieścina w samym środku Alp włoskich – Resiutta. Znajduje się niecałe 50 kilometrów od granicy austriackiej, oraz raptem 40 kilometrów od granicy słoweńskiej.

Jeśli zapytalibyście się mnie, czy mogłem tam podziwiać piękny, górski krajobraz i doświadczać otulającej, kojącej ciszy.. Odpowiedziałbym, że oczywiście!

Jeśli zapytalibyście się mnie, czy widoki były tak urokliwe jak w reklamach czekolad z alpejskiego mleka.. 😀 Odpowiedziałbym, że oczywiście!

Jeśli zapytalibyście się mnie, czy owa mieścina wyróżniała się czymkolwiek od innych miasteczek w okolicy.. Odpowiedziałbym, że oczywiście! Że nie.

Tym co realnie wpłynęło na to, że to miasteczko zapadło mi w pamięć był pewien architekt. A konkretniej Max – człowiek, o wielu twarzach. Dzięki niemu kolejny raz przekonałem się, że warto podróżować i być otwartym w stosunku do otaczającego nas świata i ludzi.

Ale jak ja go właściwie poznałem?

Wraz z dwiema koleżankami wracaliśmy już w kierunku Polski, natomiast z racji tego, że nie chcieliśmy pokonywać identycznej trasy jak w drodze do Włoch, trzymaliśmy się południowo wschodniej części kraju. Jako że w głównej mierze były to drogi lokalne oznaczało to znikomy ruch samochodów, a więc i utrudnione łapanie stopa. Nie było więc niespodzianką, że w pewnym momencie trafiliśmy w martwy punkt. Jedyny ruch na drodze, na której się znajdowaliśmy to ruch do marketu budowlanego pod miastem i z powrotem.

Pustkowie, dosłownie pustkowie..

Mijały godziny i powoli zaczynaliśmy tracić nadzieję, że jeszcze tego samego dnia uda nam się znaleźć wyjście z tej sytuacji i będziemy zmuszeni spędzić tam noc. Gdy byliśmy zajęci żywą dyskusją nad tym, gdzie w razie takiej konieczności rozbijemy namioty nagle zatrzymało się kolejne auto.

Z racji niewielkiej ich ilości od razu podbiegłem i moim oczom ukazał się niesamowicie.. Hmm, intrygujący widok. Z samochodu, który na oko był przynajmniej dwa razy starszy ode mnie wysiadł młody mężczyzna w marynarce i eleganckich butach Armaniego (a dodajmy, że tego dnia żar lał się z nieba). Ale to nie wszystko, bo gość wyglądał niczym wyrwany z teledysku Boba Marleya. Jego dredy sięgały niemal do ziemi i gdyby nie ubiór wyglądałby jak typowy rastaman.

Wyobraźcie sobie moją minę, gdy biegnąc rozpędzony w stronę auta„nadziałem się” na tak osobliwą postać. Na początku nie wiedziałem co powiedzieć, ale po ułamku sekundy zapytałem nieśmiało, czy jedzie może w stronę granicy i może nas podwieźć. Zdjął okulary, popatrzył na mnie wesołym, wyluzowanym wzrokiem i powiedział: Pewnie, wskakujcie!

Nie muszę chyba mówić, jak byliśmy zachwyceni takim rozwojem sytuacji. W tamtym momencie byliśmy mu po prostu wdzięczni, natomiast gdy jechaliśmy już razem okazało się, że mamy do czynienia z naprawdę interesującym człowiekiem.

Kim więc był nasz nowy kolega?

Max, bo oczywiście po chwili byliśmy już na Ty opowiedział nam o tym, że jest architektem. Że zaprojektował połowę swojego miasteczka. Że ma niecałe 30 lat, ale ma już swoje mieszkanie, kilka samochodów i kilkanaście motocykli.

Ale poza tym wszystkim, gdy już znaleźliśmy się u niego w mieszkaniu słowa, które do nas wypowiedział były dla mnie czymś niezwykłym jak na tamten moment. Były czymś, co od tamtej pory staram się zaimplementować także do swojego życia. Bo widzicie, to niby nic wielkiego – były to słowa oferujące bezinteresowną pomoc. Ale z drugiej strony było to coś bardzo rzadkiego patrząc przez pryzmat tego, co możemy spotkać w dzisiejszym szalenie zabieganym i nastawionym na roszczeniowość świecie.

Stwierdził, że skoro mieszka sam, a my jesteśmy przyjaznymi, interesującymi ludźmi z ciekawą zajawką na podróże, to możemy u niego zostać tak długo, jak długo mamy na to ochotę. Gotów był wręczyć nam klucze do mieszkania, bo zwyczajnie nam ufał. Był otwarty na drugiego człowieka. Nieistotne było, że znaliśmy się od godziny.

I w tym momencie wiedziałem już, to co wyszło w rozmowie dosłownie chwilę później – to podróże nauczyły go tego wszystkiego. Że warto być bezinteresownym, dobrym i nastawionym pozytywnie do świata człowiekiem. Gotowym by otworzyć się i dzielić przemyśleniami z innymi ludźmi. Że karma wraca.

Z dalszej rozmowy okazało się, że nasz nowy kolega w swoim życiu odwiedził prawie każdy kraj na świecie. Jego stopy stanęły na każdym kontynencie, co mogliśmy podziwiać na zdjęciach jakie stały dosłownie w każdym zakamarku jego mieszkania. Co więcej blisko pół roku spędził w Tybecie próbując wyzbyć się „zachodniego” stylu życia. Przypomnę tylko, że nie miał nawet skończonych 30 lat. Myślę, że ilością rzeczy, które przeżył i momentów, których doświadczył można by obdarować co najmniej kilku ludzi..

Wracając jednak do spraw przyziemnych stwierdziliśmy wspólnie, że mimo genialnej rozmowy wymienimy się z Maxem kontaktami, ale z racji ograniczającego nas czasu ruszymy dalej. Za sprawę honoru wziął sobie to, żebyśmy dojechali z nim aż pod samą granicę w najlepsze możliwe miejsce do dalszego łapania stopa.

Zwieńczenie naszej Alpejskiej przygody..

Myślę, że na koniec warto dodać, że historia nie dość, że zaczyna się, to i kończy happy endem. Gdy tylko wysiedliśmy z samochodu i pożegnaliśmy się z Maxem nie zdążyliśmy nawet zdjąć plecaków, a koło nas zatrzymał się samochód dostawczy. No zgadnijcie skąd? 😉

tarvisio, włochy

Oczywiście – z Polski! I tak oto trafiliśmy na (w autostopowym slangu) złoty strzał. Z naszym polskim kierowcą spędziliśmy ponad 20 godzin i przejechaliśmy wspólnie grubo ponad 1000 kilometrów docierając bezpośrednio z Alp włoskich w okolice Wrocławia.

I to właśnie dlatego malutka, niewyróżniająca się niczym wioseczka położona w malowniczych Alpejskich górach wciąż pozostaje w mojej pamięci. Dzięki Maxowi i temu jak przypomniał nam o bezinteresowności i uduchowieniu przy jednoczesnym korzystaniu z życia w stu procentach.

Zatem znów nasuwa mi się taka myśl, że.. Owa wioseczka tkwi w mojej pamięci dokładnie w myśl zasady, że to nie miejsca, ale ludzie z nimi związani tworzą wspomnienia. Wspomnienia, które zostają z nami na długie lata!

Trzymajcie się,

Kuba

Kategorie: Inspiracja